środa, 12 kwietnia 2017

ONKO:MIGAWKI

Nie mam siły. Kompletnie. Na nic. Ciągle śpię, śpiė i śpię. Od poniedzialku jestem w szpitalu na trzecim końcu Polski. Krwinek brak, ciśnienia mało. Wlewają we mnie krew. Wczoraj pierwsze naświetlania. Torsje.
Duzo mam do opisania od ostatniego wpisu, ale nie mam sily i niewygodnie na smartkowej klawiaturze. 
Czego najbardziej brakuje mi w szpitalu? SOLI. Pluje sobie w brode, ze nie wzielam. Okazuje sie, ze to artykul pierwszej potrzeby. Nie mam apetytu a nieslone to juz mi calkiem nie wchodzi...
Spac ...

wtorek, 7 marca 2017

ONKO: MARZENIE

Mam tylko jedno. Kilka godzin bez bólu. Od miednicy tak promieniuje do prawej nogi, że zaczynam mieć kłopoty z chodzeniem. Pomimo opiatow bywa , że po kilka godzin skowyczę . Już nie wiem, co może przynieść ulgę.

sobota, 25 lutego 2017

ONKO: PO NADZIEJĘ ... DO HELSINEK

25 stycznia 2017 r. ostatnia chemia.
Rozwaliła mnie kompletnie, przez kilka dni zwlekam się z łóżka tylko do toalety. Piję i śpię. Jeść nie mogę. Dzwonię po Mamę. Przyjeżdża z zachodniopomorskiego. Odgruzowuje chałupkę. Sprząta mi i gotuje - 70- letnia kobieta oprząta 43-letnią kobietę.
Ból się znowu nasila.
15 lutego 2017 r. godz. 10.00 lekarka z hospicjum po raz kolejny o 100% zwiększa mi dawkę opioidów.
15 lutego 2017 r. godz. ok. 12.30 wizyta w poradni onkologicznej
Mówię o narastającym bólu. O zwiększeniu dawek leków przeciwbólowych. Onkolożka spodziewa się progresji. Pytam o możliwości dalszego leczenia w takim przypadku. Słabe - odpowiada. Nie zostawią mnie, ale właściwie dali już wszystko co mieli. Dostaję skierowanie na tomograf.
16 lutego 2017 r. tomograf
Upraszam lekarza o opis. Jest spokój, żadnych nagłych pacjentów z oddziałów, żadnych pacjentów z SOR. Jest szansa na opis. Czekam ile trzeba. Lekarz i pielęgniarki rozumieją mój strach. Jest opis. PROGRESJA. Dziękuję za pomoc. Zabieram CD i papiery. T. zabiera mnie do domu.
na 01 marca 2017 r. rejestruję się do poradni onkologicznej

Już wcześniej dostawałam raczej czytelne aniżeli zaowalowane sygnały, że możliwości mojego standardowego leczenia się kończą. Ostatnia chemia nie przyniosła efektów. Guzy się zwiększyły. 
Przyjaciele postanowili walczyć. Zorganizowali zbiórkę pieniędzy na badania genetyczne oraz ewentualne leczenia zagranicą. Szukali też możliwości takiego leczenia. Postanowili przetłumaczyć moje dokumenty i - skoro leczenie standardowe się wyczerpało - szukać klinik prowadzących leczenie eksperymentalne. W desperacji postanowiliśmy w ciemno wysyłać moje papiery wszędzie, gdzie się da. Na pierwszy ogień poszło leczenie wirusami. Napisaliśmy do kliniki w Tybindze. Odpowiedź nadeszła po kilku dniach. Odmowa. Nie stosują tej metody przy nowotworach wywodzących się z narządów kobiecych.
Po kilku kolejnych dniach odpowiedź z Helsinek. Prowadzili badania kliniczne w tym zakresie, ale kilka lat temu. Obecnie leczą tą metodą tylko czerniaki. Jednak mają dla mnie inne propozycje leczenia i zapraszają na konsultację. O Boże, Boże
mają dla mnie inne propozycje leczenia i zapraszają na konsultację!!! Przecież dla mnie już nic nie ma, a oni piszą, że mają!!! Co robić, co robić? Koszt samej konsultacji - ok. 460 €, a jeszcze noclegi, no i przede wszystkim trzeba się jeszcze jakoś do tych Helsinek dostać. Co robić? Co robić? Wreszcie jakiś cień cienia nadziei, ale jak to wszystko poogarniać? 
Błyskawiczna narada "mojego" Komitetu. Mam lecieć i żadnych "ale". Pełna mobilizacja, ostatnie tłumaczenia, ustalenia mailowe z kliniką, rezerwacja lotu i hotelu. Wyjeżdżam z Przyjaciółką, opiekunką i tłumaczką w jednym 18 lutego w nocy, 19 lutego przelot z przesiadką w Monachium, lądowanie w Helsinkach, przygody różne (głównie lingwistyczne), zakwaterowanie w hotelu. Śpię, śpię.
20 lutego 2017 r. konsultacja w klinice
Przed wizytą jestem proszona o wypełnienie ankiety w j. rosyjskim, który wybrałam do kontaktu. Lekarz zaprasza nas do gabinetu. Informuje, że zapoznał się z korespondencją oraz przesłaną dokumentacją, na włączonym dużym monitorze wyświetlają się moje TK. Podczas rozmowy lekarz kilkakrotnie pokazuje mi różne rzeczy na monitorze. Dopytuje o przebieg leczenia w Polsce. Jest zdziwiony, że w styczniu 2016 r. po pierwszej chemioterapii przerwałam leczenie. Ja jestem zdziwiona jeszcze bardziej. Nie przerwałam leczenia. To dlaczego nie poddano mnie radykalnej radioterapii. Odpowiadam, że od samego początku odmówiono mi jakichkolwiek naświetleń. Lekarz robi oczy jak 5 zł, ja robię oczy jak spodki od filiżanek. Patrzymy na siebie i chyba oboje myślimy, że mamy problemy komunikacyjne. Fiński onkolog mówi, że to międzynarodowe zalecenia, że przy FIGO IIIC powinnam mieć chemioradioterapię. Potem mnie dobija - po skończonej chemioterapii, gdy większość węzłów zmniejszyła się poniżej 1 cm i tylko jeden został większy, było 85% szans na zatrzymanie naświetleniami postępu choroby. Dlatego on uważa, że przerwano mi leczenie. Powtarzam mu kilkakrotnie, że w Polsce zdyskwalifikowano mnie z radioterapii, on mi kilkakrotnie, że przecież to standardowe leczenie, że zalecenia międzynarodowe... Ja znowu, że po operacji miałam konsultację z radioterapeutką, która mi powiedziała prosto z mostu: pani jest FIGO IIIC, pani się radioterapia nie należy, pani jest do agresywnej chemioterapii. Po skończeniu I chemioterapii pytałam moją chemioterapeutkę o naświetlania, ona to konsultowała z radiologami i odpowiedź znów była odmowna.
Reasumując, klinika w Helsinkach proponuje mi radykalną radioterapię - z zastrzeżeniem, że na obecnym etapie zaawansowania moje szanse na powstrzymanie choroby zmalały do 50 %. I to pod warunkiem, że nie ma więcej przerzutów niż widać na tomografie. I znów zdziwienie fińskiego lekarza, że mając guz przy aorcie nie wykonano mi ani razu badania PET. Odpowiedziałam bez ogródek, że nie wykonano, bo polskie NFZ uważa, że nie warto aż tyle we mnie inwestować (tak, pytałam onkologów o to badanie, odpowiedź zawsze dostawałam, że NFZ tego nie pokryje). Czy wykonano mi badanie receptorów hormonalnych w próbkach pooperacyjnych? Rozważają, ale jeszcze nie zrobili. Przecież to nie jest drogie. To o badania genetyczne guzów z  bloczków nawet nie pytam. Niech pan doktor nie pyta.
Na jednej, 1,5 godzinnej wizycie lekarz omówił ze mną zwięźle różne możliwości leczenia (radioterapia, hormonoterapia, w dalszej perspektywie immunoterapia lub terapia celowana) - wytłumaczył korzyści i ryzyka. Dokładnie tłumaczył mi natomiast jak wyglądałaby radioterapia, którą chcą jak najszybciej zacząć ze względu na niestabilność i umiejscowienie największego guza. W Polsce nie mogłam o takie informacje dobłagać się przez całe leczenie :(.
W poniedziałek narada z moim Komitetem.
Od wyjścia z gabinetu bezustannie myślę o dwóch rzeczach: 
1) skąd wytrzasnąć 19.000 € na terapię (niezbędne badania + radioterapia, dokładny kosztorys otrzymałam od razu)
2) dlaczego w Polsce nie kwalifikuję się do radioterapii a w Finlandii ma to być podstawowe, standardowe leczenie??? - ZUPEŁNIE NIE KUMAM 

Serdecznie dziękuję Wszystkim, których staraniem mogłam skorzystać z konsultacji w Helsinkach i dowiedziałam się, że mam możliwość leczenia. Dziękuję za pomoc finansową i logistyczną w zakupie biletów lotniczych, pomoc w odprawach lotniczych, rezerwację hotelu, korespondencję z kliniką, tłumaczenia na angielski i rosyjski, wszelką opiekę nade mną w Polsce i Helsinkach, za obecność, czuwanie, dodawanie otuchy, za bezinteresowną troskę i życzliwość.
ZA LUDZKĄ DOBROĆ - dziękuję : ).
 

niedziela, 5 lutego 2017

ONKO: TRYBICZUNIEK

Jakoś tak od przedwczoraj w mediach różnistych szczególnie dużo tematów "rakowych". Pewnie w ramach Międzynarodowego Dnia Walki z Rakiem - 04 lutego. Generalnie w tonie dość optymistycznym. Bo chociaż wkrótce co czwarta osoba zachoruje, to postępy w onkologii, że hohoho. Profilaktyka kwitnie, wczesna wykrywalność rośnie, metody leczenia coraz doskonalsze i skuteczniejsze, komfort życia z rakiem i po raku ech, że tylko sobie zachorować.

GÓWNO, GÓWNO, GÓWNO PRAWDA !!!!

Z mojej zrakowaciałej perspektywy wygląda to zgoła inaczej.

1. Dobłagiwanie się o informacje
 Właśnie jestem po 9 (ostatnim) wlewie doksorubicyny i cyklofosfamidu. Więcej nigdy tego pierwszego chemioterapeutyku nie dostanę, bo zostałaby przekroczona dawka życiowa - gwarancja poważnego uszkodzenia serca. Od szóstego wlewu miałam robione echo serca, żeby ocenić, czy można mi podać kolejny wlew. Zrobiono mi też tomograf, żeby sprawdzić, czy to w ogóle działa. Wynik był: stabilizacja.
Właśnie od tego szóstego wlewu starałam się dowiedzieć co będzie ze mną dalej. Z lekarką prowadzącą ustaliłyśmy, że można brać pod uwagę jeszcze hormonoterapię i że oznaczone zostaną receptory, żeby wstępnie ocenić jej ewentualną skuteczność. Tylko, że potem już się z lekarką prowadzącą nie spotkałam, kolejne wlewy ordynowali mi lekarze na zastępstwie. Na pytania o receptory odpowiedź, że nic nie wiedzą, że w mojej karcie nic takiego nie ma. 
Gdy dostałam wynik tomografu z wynikiem stabilizacja przy jednoczesnym wzroście guzów, zapytałam lekarkę (też na zastępstwie) na czym polega stabilizacja, skoro te guzy rosną? Odpowiedź: mamy swoje skale onkologiczne i pani tego nie zrozumie. Poprosiłam więc o przystępne wyjaśnienie. Odpowiedź: gdybyśmy kończyli leczenie za każdym razem, gdy guzy wzrosną, to nie mielibyśmy czym leczyć większości pacjentów. Pojęłam. "Dajemy, co mamy, bo nic innego nie mamy". Gębę zamknęłam. Przy końcu tego schematu leczenia starałam się dowiedzieć, co po ostatnim wlewie? Odpowiedź: zapisze się pani do poradni i tam pani lekarz wszystko wyjaśni. Do diaska, przecież w poradni przyjmują ci sami lekarze, co na oddziale. Nie ogarniam. Na oddziale nie wiedzą, co ze mną dalej będzie, a w poradni nagle jakaś łaska objawiona na nich spływa?
Tak, ja rozumiem, że lekarz jest tylko człowiekiem, że ma dużo różnych swoich spraw i stąd na cały proces leczenia mam 3 może 4 wizyty u lekarza prowadzącego, a reszta to zastępstwa. Ja rozumiem, że onkologów jest mało a nas pacjentów od zagwizdania i lekarze w zastępstwie nie mają ochoty ani czasu zgłębiać jeszcze kart "zastępczych" pacjentów. Ja rozumiem, że oddział dzienny jest czynny krótko a wlewów do podania dużo i każdy upierdliwy pacjent (tak, jestem upierdliwa) to dodatkowe opóźnienie. Ja wszystko rozumiem. Ale może ktoś postarałby się zrozumieć mnie? Mój strach i moje poczucie beznadziejności.
Zdobycie informacji o możliwościach leczenia to dla mnie walenie głową w mur. Pisałam już o moim doświadczeniu z portalem onkolodzy.net  http://chaziajkasam.blogspot.com/2016/06/onko-poszukiwanie-informacji.html
Streszczając: na kilka moich pytań odpowiedziano mi jednym zdaniem polecając mi komercyjne usługi oncompass.
Byłam sceptyczna (bałam się strasznie kosztów), ale przyjaciółka w moim imieniu nawiązała z nimi kontakt. W odpowiedzi dostałam ankietę do wypełnienia przez lekarza onkologa. Była po angielsku - odmówiono mi jej wypełnienia. Przyjaciółka załatwiła wersję po polsku - odmowa, bo w moim przypadku te badania to wyrzucenie pieniędzy w błoto. Oczywiście, jak chcę to mogę je zrobić, a ta firma ma swoich specjalistów, to mogą sami wypełnić. Wyć mi się chce - jeden onkolog (z portalu) radzi mi skorzystać z tych usług, drugi (ze szpitala) twierdzi, że to bez sensu. Jak ja mam się w tym wszystkim odnaleźć??? Iść studiować medycynę??? 
A potem wielkie zdziwko, że chorzy zamiast do onkologów, to szukają babek-zielarek i bioenergoterapeutów.
2. Osiągnięcia medycyny
Ciągle docierają do mnie informacje (internet, telefony od znajomych, którzy coś tam w telewizji zobaczyli, prasa) o ogromnych postępach w leczeniu nowotworów. Nawet lekarz orzecznik o tym słyszał. Byłam ostatnio na komisji ZUS, po badaniu pan orzecznik poinformował mnie, że przyznaje rentę na 3 lata. Niewiele myśląc odpowiedziałam, że z całych sił postaram się dożyć. Chyba chciał mnie pocieszyć, bo stwierdził, że rak już nie jest chorobą śmiertelną, tylko przewlekłą. Że medycyna zrobiła ogromne postępy, że radioterapia jest bardzo precyzyjna, że teraz są terapie celowane. No i że immunoterapia a przede wszystkim to teraz jest medycyna spersonalizowana. Odpaliłam mu, że może to wszystko i jest, tylko nie wiem dla kogo, bo dla mnie nie ma. Z radioterapii wykluczono mnie od razu po operacji, z nowości to ja dostaję starocia z pierwszej wojny światowej (patrz cyklofosfamid) a spersonalizowanie to wysłano mnie do hospicjum domowego.

Może pojechałam dzisiaj po bandzie.
Tak, jestem coraz bardziej rozgoryczona i sfrustrowana. I coraz bardziej czuję się nie jak człowiek podmiot leczenia, ale jakiś pierdolony trybiczuniek (bo nawet nie trybiczek) w schemacie leczenia. Czuję, że postawiono na mnie krzyżyk i najlepiej byłoby było gdybym grzecznie zdechła i nie zawracała gitary.


 

niedziela, 8 stycznia 2017

GOSPODA U ŚW. PIETRA

Zapraszamy! Zapraszamy! Otwarte 24 h/doba

Krótko przed świętami do drzwi gospody zakołatał pan S. (rak płuc). 
W wigilię Wigilii podreptała Mama K. (rak jajnika).
Pan A. (rak płuc) walizeczkę spakował w sylwestra.
Kto następny?
K.?
D.?
M.?
Ja?

Zapraszamy! Zapraszamy!  Czynne w piątek, świątek i niedzielę

***
Panie  A. jestem na Pana zła.
Kiedy jedzie się na tym samym wózku, nie trzeba za dużo gadać. Wystarczy zatrzymane spojrzenie, uścisk dłoni, znaczący uśmiech, gdy drugiemu po glacy włoski zaczynają hulać. 
Przecież miał Pan żyć. Przecież się Pan miotłą od tej kosiastej odganiał. I co?  
Panie A. jestem na Pana zła. 

***
A jak już się Panowie wygodnie ulokujecie i starych znajomków przywitacie, to mam nadzieję, że orżniecie gospodarza w karciochy do ostatniego rzemyka niebiańskich sandałów. 

sobota, 31 grudnia 2016

OKOŁOŚWIĄTECZNIE

Wigilię spędziłam z rodziną. I w tym, i w ubiegłym roku zjechaliśmy się prawie wszyscy. Było to dla mnie bardzo wzruszające przeżycie. Jednym z niewielu "pożytków" z mojego raka jest to, że chyba wszyscy uświadomiliśmy sobie, że każdego roku przy świątecznym stole może kogoś zabraknąć, że każdego roku dla kogoś może to być ostatnia wieczerza... 
Wróciliśmy do tradycji spotkań całej rodziny i drugi rok z rzędu zorganizowaliśmy "dużą", wspólną Wigilię. Jestem bardzo wdzięczna moim bliskim za wysiłek, jaki włożyli, żeby wszystko przygotować. Niektórzy przyjechali z końca Europy tylko na dwa dni. 
Zaczęliśmy o osiemnastej a skończyliśmy po pierwszej :-).
Pierwszą godzinkę dałam radę wysiedzieć grzecznie na krześle, potem na 2-3 godziny poszłam do pokoju na górę, położyłam się do łóżka, stękałam i jęczałam do woli nie przeszkadzając zbytnio innym moimi odgłosami (mam przynajmniej taką nadzieję). A gdy dragi zaczęły porządniej działać zeszłam na dół i uczestniczyłam dalej w spotkaniu leżąc przy stole na kanapie  i ciesząc się z obecności moich bliskich. Bo nie konwenase są najważniejsze, ale właśnie wspólne przebywanie.
 Poza tym u mnie:
1. Ból
Jest doświadczeniem, które praktycznie bezustannie towarzyszy mi od wielu miesięcy. Nie potrafię się do niego przyzwyczaić. I jest coraz silniejszy...
Od dwóch tygodni mam zwiększoną o 100% dawkę oksykodonu, do tego ketonal i morfina. Nie wierzyłam, że mając dostęp do tak silnych leków przeciwbólowych można wyć z bólu. Otóż można. 
Dwa dni temu nic nie pomagało, dokładałam co godzina i nic. Czekałam aż coś zacznie działać i leżałam w łóżku pojękując i cichutko stękając. Tak mnie się wydawało, ale tylko wydawało. W rzeczywistości musiałam nieźle zawodzić, skoro w środku nocy przybiegła sąsiadka z pytaniem, czy nie wezwać mi karetki....
Teraz  też czekam, żeby różowa pigułeczka zadziałała...
Często staję przed wyborem: przytomność i średni ból lub brak bólu za cenę takiego naćpania, że śpię. Przytulam się do termoforku lub stoję pod natryskiem i polewam napierdalające gnaty gorącą wodą.
2.Praca
Obok moich kocic jedyna radość jaka mi została. Dlatego maniakalnie próbuję pracować. Ale od połowy listopada większość czasu jestem na zwolnieniu lub urlopie. Nie daję rady. Mam świadomość, że jeśli nie uda się jakoś zapanować nad bólem, to będę musiała zrezygnować...
3. Katastrofa budowlana
Zawalił mnie się płot. No nie cały, tylko dwa przęsła. Starowinek był, to i uległ szalejącej Barbarze. Póki co tak przymarzł do ziemi, że nie  mam siły go podnieść, to i leży i czeka na wiosnę...
Idę się położyć, nie wytrzymam dłużej siedzieć...

 

piątek, 9 grudnia 2016

TRUDNE DECYZJE

Powolutku turlam się jeszcze po tym świecie :-).
Moją aktywność nadal ogranicza zmaganie się z bólem a i po listopadowej chemii bardziej anemiczna się zrobiłam (HGB 8), co też energii nie przydaje. We środę 7 grudnia "zajzajerków" nie dostałam i nie wiem, czy wypada się przyznać, ale nawet się ucieszyłam. Co dalej będą ze mną robić, dowiem się 4 stycznia, kiedy to jestem umówiona na kolejny wlew. Mogą być jeszcze dwie chemie, może być obserwacja, może być hormonoterapia. Mam świadomość,  że każda z tych opcji to próby przedłużania mojego czasu. 
Mam też ogólne wyobrażenie, co będzie dalej, o ile jakiś cud nie nastąpi. Przemyślałam  sobie wszystko i podjęłam pewne decyzje, porozmawiałam też o tym z Przyjaciółką. Uznałam, że lepiej zrobić to teraz, kiedy jestem jeszcze na chodzie i jestem w stanie o sobie decydować niż odkładać w nieskończoność i się spóźnić.

DECYZJA I "OPIEKUŃCZA"
WARIANT A
Generalnie uważam, że kiedy jakość mojego życia spadnie poniżej poziomu, który jest dla mnie do zaakceptowania (czyt. zniesienia), mam prawo je zakończyć. Trzymam na tę okoliczność paczkę leku, którego już 1/4 tabletki bardzo obniża mi puls. Myślę, że rozkruszone i wymieszane z wodą całe opakowanie (tak na 1-2 łyki, żebym zdążyła przełknąć całość zanim zacznie działać) powinno załatwić sprawę. (Muszę to jeszcze skonsultować z jakimś medykiem, żeby mieć pewność, tylko w Polsce niełatwo znaleźć takiego, który nie będzie się bał o tym otwarcie rozmawiać).
Czy to znaczy, że nie chcę żyć? Wręcz przeciwnie, chcę bardzo, bardzo, bardzo...
Dlatego też wiem, że mogę właściwy moment przegapić lub też najzwyczajniej stchórzyć. Stąd też:
WARIANT B
Jeśli nie będę już w stanie sama sobą się zajmować a nie zrealizuję wariantu a, to chcę trafić do hospicjum stacjonarnego. Byle nie prowadzonego przez Caritas! (nie chcę, mam prawo nie chcieć i nie będę się nad tym rozwodzić).
Opieka nad osobą umierającą na zaawansowany nowotwór to najczęściej męka dla rodziny. Nie chcę stanowić takiego obciążenia dla mojej ponad 70- letniej Mamy. A kiedy Ona nie będzie już totalnie dawać rady, to nie chcę, żeby inni członkowie rodziny kłócili się, kto dzisiaj ma wypełnić rodzinny obowiązek i "warzywnej" siostrzenicy/kuzynce/ ciotce musi zmienić pieluchę i wepchnąć jakiś nutri drink do dzioba.
Chciałabym trafić do hospicjum, w którym pracowałby taki Personel jak w "moim niebieskim szpitalu". Z bardzo profesjonalnym a jednocześnie ciepłym i serdecznym podejściem. Żeby czynności pielęgnacyjne były dla wykonującej je osoby zwykłym zawodowym obowiązkiem a nie przekleństwem i żeby potrafiła je sprawnie wykonać. Żeby wiedziała np. jak mnie obrócić nie szarpiąc mnie na siłę i  nie nabijając mi przy tym siniaków a jednocześnie sama nie uszkodziła sobie kręgosłupa. I żeby nie brzydziła się mnie umyć. I najważniejsze - żeby nie bała się podać mi wystarczającej, kojącej dawki środków przeciwbólowych. Nawet jeśli będzie musiała wtedy zaryzykować taką wysokość dawki, która nie gwarantuje, że się po niej jeszcze obudzę.

Ponuro się zrobiło. Jednak udawanie, że pewnych problemów nie ma, nie sprawi, że one znikną. Obiecuję jednak - więcej grobowych tematów nie będzie przynajmniej do 1 stycznia :-).

DECYZJA II "ŻEBRACZA"
Możliwości klasycznego leczenia powoli się wyczerpują. Ciągle jednak chcę wierzyć, że jest i dla mnie jeszcze jakaś nadzieja i intensywnie szukam różnych mniej standardowych sposobów. Idzie to ciężko, bo dostęp do sensownych wiadomości  jest ograniczony. O wiele łatwiej jest uzyskać informacje o alternatywnych metodach niż terapiach eksperymentalnych. Tak czy siak są one bardzo drogie. Stąd zdecydowałam się zbierać pieniądze na ewentualne leczenie nierefundowane przez NFZ. Zostałam podopieczną Fundacji Alivia. Gdyby ktoś miał ochotę i możliwości - to bardzo proszę o wsparcie.
 Moja skarbonka w Alivi:


Będę także bardzo wdzięczna za przekazanie 1%
Żeby to zrobić w zeznaniu podatkowym trzeba wskazać Fundację Alivia i wpisać jej KRS 0000358654
a w celu szczegółowym wpisać : Program Skarbonka - Gabriela Leciewicz, ID 110404
ten dopisek jest bardzo ważny, bez niego pieniądze trafią na ogólne konto Fundacji (też dobrze, bo wesprą jej działalność), ale nie trafią do "mojej skarbonki".
Ofiarowane pieniądze przeznaczę na badania umożliwiające terapię celowaną lub sfinansowanie innej eksperymentalnej terapii, o ile zostanę do takiej zakwalifikowana. Wymagają one środków, które dla mnie są niebotyczne...
Jeśli ich nie wykorzystam (nie zdążę, nie będzie dla mnie już żadnego leczenia) pieniądze nie przepadną, skorzystają z nich inni potrzebujący "onkologiczni".

Natomiast dopóki daję radę, to wszelkie dojazdy, zakupy leków przeciwbólowych (to obecnie mój priorytet, jedynie morfinę mam bezpłatnie), terapie wspomagające (np. wlewy wit. c) pokrywam ze środków własnych i mojej rodziny.

Bardzo dziękuję za wsparcie, za każdy grosik, ale także za modlitwy, pozytywną energię, ciepłe myśli.